Nie to, żeby mi było przykro bo z biegiem czasu i oswojenia się z tym zawodem nauczyłem się obojętności w pewnych sprawach i nastawienia: co będzie to będzie, nic na siłę nie przeskoczysz. Najgorsze są tylko plany, które snułeś gdzieś daleko w wyobraźni. Teraz stojąc i pisząc to spacerowałbym pewnie gdzieś po Strasbourgu..
A tak kwitnę sobie na parkingu, praktycznie sam bo wokół mnie tylko jakiś Łotysz, który przed chwilą się zatrzymał i spada pewnie jutro rano do domu. Sam z pytaniami i moimi myślami, których czasami sam się boję. Czegoś mi brakuje, w zasadzie ciągle mi czegoś brakuje. Werteryzm znowu we mnie się budzi ze zdwojoną siłą. Czego ja tak poważnie chce i kiedy dotrę do tego punktu, kiedy osiągnę pełną satysfakcje? Zastanawiam się za czym ja tak naprawdę tęsknię? Nie wiem czy za domem, który jest teraz tak blisko a jednocześnie tak daleko by nie móc do niego wrócić, czy za kilometrami, których ciągle mało?! No właśnie.. chyba to drugie.. coraz częściej uświadamiam sobie, że jazda to narkotyk i uzależnienie od niej to tylko kwestia czasu. Nie wyobrażacie sobie jak zmienił się mój punkt postrzegania świata po tych niespełna dwóch latach za kółkiem na międzynarodówce..
W przeciwieństwie do terapii odwykowych od alkoholu czy narkotyków, jeśli chodzi o drogę i samą jazdę nic takiego nie ma.. Dobrze czy źle? Odpowiedź na to to już kwestia indywidualna.
Pewien jestem tylko tego, że znaczna większość kierowców dalekodystansowych to szczerze zryte berety, zawieszeni gdzieś w swojej przestrzeni, którą sobie stworzyli i nią żyją.
A kiedy spotkasz ciężarówkę na drodze pomyśl o tym. O tym, że ten ktoś kto ją prowadzi wiezie dla Ciebie towar do sklepu abyś miał jutro co zjeść na śniadanie.. Okaż choć odrobinę szacunku dla ludzi, którzy to robią !
I jeszcze jedno. Ile musi trwać nałóg aby się do niego przyznać? U mnie właśnie nadszedł ten moment. Szczerze się przyznaje. Jestem uzależniony od tego co robię i zakochany w mojej kupie złomu! Dzięki niej pokonuje tysiące kilometrów, które są dla mnie pokarmem i odważniej mówiąc obecnym sensem życia, przemieszczam się z punktu A do punktu B po całej Europie. Z towarzystwem spikera w radiu i tysiącami przewijających się samochodów na drodze a jednak samotny. To jest dla mnie piękne i jak na razie, chyba nie chce inaczej.
Trzeba szukać pozytywnych stron, nawet tam gdzie ich nie ma! Kilka zdjęć z mojego piątkowego wypadu do pobliskiej Ustki, nad morzem.
Wieczór zwieńczony dobrą obiadokolacją
A sobota? Jakoś zleciała.. Zostaje jeszcze niedziela. A więc jutro zakładam pantofle, niebieski frak i żółtą kamizelkę i? I idę w miasto patrzeć okiem Wertera na ludzi żyjących normalnie, dniem codziennym..
Takie to pisane na żywca..
Pozdrawiam wszystkich weekendujących poza domem ;)













































